Mężczyzna po trzydziestce przyszedł do mnie kilka tygodni po nieudanej rekrutacji. Nie z powodu samej porażki — z powodu jednego zdania z informacji zwrotnej. Napisano mu, że ma „trudność z uznawaniem autorytetu”. Podstawą była kolejność, w jakiej ułożył osiem kolorowych kartoników.
Przez dwa miesiące sprawdzał to zdanie na sobie. Przypominał sobie kłótnie z ojcem. Analizował, dlaczego zmienił trzy firmy. Zdanie, które powstało z ułożenia kartoników, zaczęło porządkować mu życiorys.
To nie jest opowieść o tym, że test się pomylił. To opowieść o czymś ciekawszym: o narzędziu, które trafia w każdego — i o tym, dlaczego właśnie ta celność jest dowodem przeciwko niemu.
Czym jest test Luschera
Max Lüscher, szwajcarski psycholog, zaproponował w latach czterdziestych procedurę pozornie banalną. Badany układa osiem barwnych kart od najbardziej do najmniej lubianej. Z kolejności odczytuje się stan emocjonalny, konflikty, potrzeby, a w wersji rozbudowanej także obciążenie fizjologiczne.
Założenie jest takie: preferencja koloru jest odruchowa, więc omija świadomą kontrolę. Nie da się jej „ustawić” tak, jak ustawia się odpowiedzi w kwestionariuszu. Test miał więc docierać tam, gdzie autoprezentacja nie sięga.
Brzmi elegancko. W Polsce nadal pojawia się na warsztatach rozwojowych, w gabinetach coachingowych i — co gorsza — w rekrutacji.
Eksperyment, który powinien zamknąć sprawę
W 1986 roku Holmes ze współpracownikami zrobił rzecz prostą i bezlitosną. Wziął zdania z części interpretacyjnej testu Luschera, wylosował je i skleił w akapit. Powstały opis nie odpowiadał niczyim wyborom — był przypadkowym zlepkiem.
Studenci czytali go i oceniali na skali od 1 do 9, na ile trafnie ich opisuje.
Wszystkie oceny wyniosły 5 lub więcej.
To klasyczny efekt Barnuma — nazwany od cyrkowca, który mawiał, że w jego programie każdy znajdzie coś dla siebie. Zdania z testu są skonstruowane tak, że pasują niemal do wszystkich: mówią o niespełnionej potrzebie uznania, o napięciu między pragnieniem bliskości a potrzebą niezależności, o wysiłku wkładanym w utrzymanie pozycji.
Pomyśl przez chwilę, czy któreś z nich do ciebie nie pasuje. Właśnie o to chodzi.
Co się dzieje, gdy porówna się go z narzędziem walidowanym
Dwa lata wcześniej ten sam zespół przeprowadził inne badanie. Czterdziestu dwóm osobom podano skróconą wersję testu Luschera oraz MMPI — kwestionariusz osobowości z rozbudowaną bazą normalizacyjną i dziesięcioleciami danych psychometrycznych.
Dla każdej osoby powstały dwa niezależne opisy osobowości: jeden na podstawie kolorów, drugi na podstawie MMPI. Pisali je różni diagności, nie znając wyników drugiego narzędzia. Potem dwóch niezależnych sędziów oceniało, na ile te opisy się pokrywają.
Zgodność była bardzo niska.
Można to zbyć argumentem, że MMPI też nie jest doskonałe. Ale sedno jest inne: jeśli dwa narzędzia mają mierzyć tę samą osobowość i dają rozbieżne opisy, to co najmniej jedno z nich nie mierzy tego, co deklaruje. A tylko jedno z nich ma za sobą dekady badań nad trafnością.
Czego nie mogę uczciwie powiedzieć
Byłoby wygodnie zamknąć temat zdaniem „preferencje kolorystyczne nic nie znaczą”. To byłoby nadużycie.
W badaniu na ponad tysiącu stu pacjentach psychiatrycznych wybory kolorów faktycznie różnicowały grupy — pojawiła się wyraźna różnica między kobietami a mężczyznami, przy niewielkich wahaniach związanych z wiekiem. Inne prace znajdują słabe związki między preferencją barwy a cechami z modelu Wielkiej Piątki: nieco niższa preferencja niebieskiego przy wyższej neurotyczności, wyższa preferencja zieleni przy wyższej ugodowości.
Te zależności istnieją. Są jednak słabe, grupowe i statystyczne — a to zupełnie inna kategoria niż diagnoza konkretnego człowieka. Różnica jest jak między zdaniem „wyżsi ludzie średnio ważą więcej” a zdaniem „skoro mierzysz 185 cm, twoja waga wynosi 84 kg”. Pierwsze jest prawdziwe. Drugie jest bezużyteczne przy pojedynczej osobie.
Ostrożniejsza wersja zarzutu brzmi więc tak: test Luschera nie ma rzetelności, trafności ani standaryzacji na poziomie, który uprawnia do wyciągania wniosków o pojedynczym człowieku. To nie jest to samo co „kolory nic nie mówią”. To znaczy, że ten instrument nie potrafi ich odczytać.
Dlaczego mimo to działa na ludzi
Tu dochodzimy do rzeczy najciekawszej psychologicznie. Test Luschera nie przekonuje mimo swojej konstrukcji — przekonuje dzięki niej. Składają się na to trzy mechanizmy.
Uniwersalność opisu. Interpretacje mówią o napięciach, które ma praktycznie każdy dorosły człowiek. Trafność jest wbudowana w treść, nie wynika z twoich wyborów.
Subiektywna walidacja. Czytając opis siebie, aktywnie szukamy pasujących wspomnień — i znajdujemy je, bo pamięć autobiograficzna jest wystarczająco bogata, żeby dostarczyć dowodu na niemal każdą tezę. Nie sprawdzamy przy tym, ile znaleźlibyśmy dowodów na tezę przeciwną.
Rytuał wyboru. To jest różnica między testem kolorów a horoskopem. W horoskopie nic nie robisz — dostajesz opis na podstawie daty urodzenia. Tutaj działasz: dotykasz kart, układasz je, podejmujesz serię decyzji. Wynik wydaje się pochodzić od ciebie. Poczucie sprawstwa uwiarygodnia treść, która i tak była gotowa przed twoim przyjściem.
To zresztą ten sam wzór, który opisywałem przy okazji psychologii koloru — w badaniu nad terapią kolorem stres spadał tak samo u osób patrzących na kolorowe krążki i na białą planszę. Działała procedura, nie barwa. Tutaj działa procedura wyboru, nie diagnostyczna moc kartoników.
Gdzie to przestaje być niewinne
Dopóki test krąży po warsztatach rozwojowych jako zabawa, szkoda jest ograniczona. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś podejmuje na jego podstawie decyzję dotyczącą cudzego życia.
Badanie praktyk rekrutacyjnych w Chile pokazało, że testy projekcyjne — w tym test Luschera — pozostają jednym z częściej stosowanych narzędzi oceny kandydatów. Konsultanci używają ich nie tylko do dopasowania do stanowiska, ale też do wykrywania „problemów psychicznych”, które mogłyby wpłynąć na pracę. Autorzy zwracają uwagę na dwie rzeczy: techniki projekcyjne powstały do celów klinicznych, nie selekcyjnych, a ich zdolność przewidywania wyników w pracy nie ma poparcia w dowodach.
Standardy etyczne są w tej sprawie jednoznaczne. Kodeks Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego wymaga, by psycholog stosował narzędzia, których rzetelność i trafność zostały wykazane dla badanej populacji — a jeśli nie zostały, by wprost opisał ograniczenia wyniku i jego interpretacji.
Mój klient tego zastrzeżenia nie dostał. Dostał zdanie o autorytecie i dwa miesiące szukania w sobie potwierdzenia.
Co robić zamiast
W terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach jest założenie, które w tym kontekście brzmi niemal prowokacyjnie: to klient jest ekspertem od swojego życia, a terapeuta ekspertem od procesu rozmowy.
Test odwraca ten układ. Zakłada, że narzędzie wie o tobie coś, do czego ty nie masz dostępu, a specjalista jest tłumaczem tej wiedzy. To układ, w którym ktoś inny ma klucz do ciebie.
Dobrze zadane pytanie robi coś przeciwnego. Nie wydobywa ukrytej prawdy — pomaga ci zauważyć to, co już wiesz, a czego jeszcze nie zdążyłeś sformułować. Różnica nie jest kosmetyczna. Po teście wychodzisz z etykietą. Po dobrym pytaniu wychodzisz z informacją, którą sam wygenerowałeś i możesz sprawdzić.
Jeśli takie zdanie już w tobie siedzi
Wiele osób nosi w sobie jakąś diagnozę z drugiej ręki. Ze szkolenia, z testu w internecie, z uwagi rzuconej przez kogoś, kto brzmiał kompetentnie.
Zrób z nią jedno ćwiczenie. Zapisz to zdanie dosłownie — tak, jak brzmiało. A potem, zamiast szukać przykładów, które je potwierdzają, poszukaj trzech sytuacji, w których było nieprawdziwe. Konkretnych, z datą albo miejscem.
Ten kierunek jest nieprzypadkowy. Domyślnie robimy odwrotnie i dlatego każda etykieta wydaje się trafna. Kiedy pytasz o wyjątki, zwykle znajdujesz je bez trudu — i wtedy widać, że zdanie opisywało fragment, a nie ciebie.
Mój klient znalazł cztery. Trzy dotyczyły sytuacji, w których uznał czyjś autorytet bez wahania, bo uznał go za uzasadniony. Czwarta była o jego trenerze z liceum.
Nie unieważniło to rekrutacji. Unieważniło zdanie.
Jeśli nosisz w sobie taki opis od dłuższego czasu i zaczyna organizować twoje decyzje, warto sprawdzić go z kimś, kto zna różnicę między hipotezą a diagnozą. Umów konsultację.