Pani Joanna prowadzi profil, na którym od siedmiu lat pokazuje codzienność z dwojgiem dzieci. Ma kilka tysięcy obserwujących i mnóstwo życzliwych wiadomości od innych matek. Przyszła, bo jedenastoletni syn zażądał, żeby usunęła wszystkie jego zdjęcia. „Zrobił mi awanturę, jakbym coś ukradła. A ja to robię z miłości”.
Pani Joanna to postać złożona z kilku historii, szczegóły zostały zmienione.
Sharenting, czyli publikowanie przez rodziców zdjęć i informacji o dzieciach w internecie, jest w książce Wojciecha Kardysa „Homo digitalis” opisany głównie przez pryzmat zagrożeń: cyfrowego śladu, memów, przestępców. To realne ryzyka. W gabinecie częściej jednak widzę inne pytanie: czego rodzic szuka, publikując, i co słyszy dziecko, gdy nikt go o zgodę nie pyta.
Dzieci i rodzice widzą to samo, ale inaczej to oceniają
W badaniu 331 par rodzic–dziecko (dzieci w wieku 10–17 lat) obie strony zgadzały się co do tego, jak często i jak dużo rodzice publikują. Rozjazd pojawiał się gdzie indziej. Dzieci uważały, że rodzice powinni pytać o zgodę częściej, niż uważali sami rodzice. A rodzice przyznawali, że pytają rzadziej, niż uważają za słuszne (Moser, Chen i Schoenebeck, 2017).
To ważny wynik, bo pokazuje, że konflikt w rodzinie pani Joanny nie dotyczy tego, czy zdjęcia są ładne ani czy komentarze są miłe. Dotyczy tego, czyj to jest wizerunek i kto o nim decyduje. Dla jedenastolatka, który zaczyna budować własny obraz siebie wśród rówieśników, to pytanie jest całkiem poważne.
Dlaczego rodzice publikują: wsparcie i porównania
Rodzice publikują z dobrych powodów: szukają wsparcia, rady, wspólnoty z innymi rodzicami, potwierdzenia, że dobrze sobie radzą. Przegląd 252 prac naukowych o sharentingu pokazuje, jak mocno ta dziedzina przesunęła się w ostatnich latach od opisu zwyczaju do pytań o prywatność, zgodę i tożsamość dziecka (Akay, 2026).
Badanie z 2026 roku na 299 rodzicach rozróżniło dwa style. Nadmierne publikowanie wiązało się z lękiem przed tym, że coś nas omija, i z porównywaniem się z innymi, które pośredniczyło w tym związku. Publikowanie przemyślane, z kontrolą nad tym, co i komu się pokazuje, z tymi czynnikami się nie wiązało (Gazit i Bayraktar, 2026). Innymi słowy, im bardziej publikacja służy regulowaniu własnych emocji rodzica, tym trudniej o umiar.
To nie jest zarzut. To informacja, która pomaga. Jeśli za postem stoi potrzeba wsparcia, można ją zaspokoić w sposób, który nie wymaga pokazywania dziecka.

Czego z tych liczb nie wolno zrobić
Nie uogólniać jednego badania na wszystkie rodziny. Badanie par rodzic–dziecko przeprowadzono w Stanach Zjednoczonych w 2017 roku, a badanie o stylach publikowania to jednorazowa ankieta internetowa. Oba mówią o związkach, nie o przyczynach.
Nie wyciągać wniosków o szkodzie psychicznej. Wiemy dobrze, że dzieci chcą być pytane. Znacznie słabiej wiemy, jak sharenting wpływa na ich zdrowie psychiczne w dłuższym czasie. Autorzy przeglądu wprost piszą o potrzebie badań skupionych na dziecku.
Nie zamieniać tematu w ocenę rodziców. Wstyd rzadko zmienia zachowanie na lepsze. Częściej sprawia, że rodzic broni się mocniej.
Kompas TSR: od zakazu do umowy
1. Zapytaj, zanim opublikujesz. Już od wieku przedszkolnego dziecko może odpowiedzieć, czy chce, żeby zdjęcie zobaczyli inni. Z czasem jego głos powinien ważyć coraz więcej. Samo pytanie jest komunikatem: twoje ciało i twoja historia należą do ciebie. To ta sama logika, którą opisuję w tekście o różnicy między wsparciem a kontrolą.
2. Test przyszłości. Czy to zdjęcie będzie w porządku, gdy dziecko będzie miało szesnaście lat i zobaczy je kolega z klasy? Kąpiel, płacz, kłopoty w szkole i choroby zwykle tego testu nie przechodzą.
3. Nazwij swoją potrzebę. Czego szukam, publikując? Wsparcia, rady, dumy, poczucia, że nie jestem sama lub sam? Każdą z tych potrzeb da się zaspokoić inaczej: w zamkniętej grupie, w rozmowie z przyjaciółką, w albumie dla rodziny.
4. Wyjątki. Czy były posty, które dziecko lubiło albo samo chciało opublikować? Co je wyróżniało? Z tego da się zbudować wspólne zasady, a nie jednostronny zakaz.
5. Mały krok zamiast porządków generalnych. Nie musisz usuwać siedmiu lat publikacji w jeden wieczór. Wystarczy przejrzeć je razem z dzieckiem i usunąć to, co ono wskaże.
Jeden mały krok na dziś
Przy następnym zdjęciu, które chcesz opublikować, pokaż je dziecku i zapytaj: „Mogę to wrzucić?”. Jeśli odpowie „nie”, uszanuj to bez dyskusji. Ta jedna odmowa nauczy je więcej o granicach niż dziesięć rozmów.
Pani Joanna przejrzała profil razem z synem. Usunęli około połowy zdjęć. Kilka z nich syn sam zostawił, „bo tam fajnie wyszedłem”. Teraz przed każdym postem pyta.
Kiedy warto porozmawiać z terapeutą
Jeśli spór o zdjęcia to tylko wierzchołek szerszego napięcia w rodzinie albo jeśli czujesz, że bez publikowania trudno ci znaleźć wsparcie w rodzicielstwie, warto o tym porozmawiać. Prowadzę terapię online w podejściu skoncentrowanym na rozwiązaniach, także z rodzicami. Umów pierwszą rozmowę.
