Siadamy. Pytam: „Co Pana/Pani do mnie przywiodło?”. I słyszę: „Nie wiem, sama nie umiem tego nazwać”. Często w tym momencie w oczach Klienta widzę coś, co wygląda jak zawstydzenie — jakby „nie wiem” było złą odpowiedzią, jakby przyszedł nieprzygotowany na własne życie.
A ja w tym momencie czuję ulgę. Bo „nie wiem” to najszczerszy możliwy start.
Czego się boimy, kiedy mówimy „nie wiem”
W gabinecie słyszę to bardzo często — i prawie zawsze towarzyszy temu przeprosiny. „Przepraszam, że tak mętnie to opowiadam”. „Pewnie powinnam już wiedzieć, co mi jest”. Jakby istniała jakaś norma — termin, do którego człowiek ma obowiązek znać diagnozę własnego cierpienia, inaczej zawodzi.
Z perspektywy terapeutycznej ta presja ma sens, choć jest bolesna. Niejasność emocjonalna często rozwija się tam, gdzie w dzieciństwie nie było bezpiecznej przestrzeni na nazywanie stanów wewnętrznych. Dziecko, które słyszało „nie ma się czego bać” albo „przestań się mazać”, nie uczyło się rozpoznawać i nazywać tego, co czuje — uczyło się to ukrywać albo ignorować. Brak słów na własne przeżycia to nie defekt charakteru. To często konsekwencja wczesnych relacji, w których nikt nie pomógł nam zbudować języka emocji.
Z punktu widzenia teorii przywiązania, dziecko rozwija zdolność do mentalizacji — czyli rozumienia własnych i cudzych stanów psychicznych — w relacji z opiekunem, który te stany nazywa i odzwierciedla. „Widzę, że jesteś smutny”, „To musiało Cię bardzo wystraszyć” — to zwykłe, codzienne zdania budują w dziecku mapę wewnętrznego świata. Kiedy takich zdań nie było, dorosły człowiek przychodzi do gabinetu z bogatym życiem emocjonalnym, ale bez słownika, żeby je opisać. Nie dlatego, że nie czuje. Dlatego, że nikt go nie nauczył, jak to czucie ubrać w słowa.
„Nie wiem” jako sygnał z układu nerwowego
Czasem „nie wiem” to nie tylko brak słownictwa — to realny stan fizjologiczny. Kiedy nerwowy układ autonomiczny jest przeciążony, dostęp do precyzyjnego myślenia i nazywania emocji bywa ograniczony. To, co dzieje się w ciele — napięcie, mgła, znieczulenie, niemożność „złapania myśli” — bywa efektem aktywacji reakcji obronnej, a nie lenistwa poznawczego czy oporu.
Widzę to w gabinecie regularnie: Klient próbuje opowiedzieć o czymś trudnym i w połowie zdania gubi wątek, milknie, mówi „nie wiem, co chciałam powiedzieć”. To nie jest sabotaż procesu terapeutycznego. To moment, w którym układ nerwowy — w obronie przed przeciążeniem — odcina dostęp do pewnych treści. Niewiedza bywa formą ochrony, nie przeszkodą w niej.
Co na to TSR — „nie wiem” jako zasób, nie deficyt
Tu wkracza podejście skoncentrowane na rozwiązaniach z zupełnie inną logiką. W TSR „nie wiem” nigdy nie jest ślepym zaułkiem — jest miejscem startu, z którego można zadać kolejne, precyzyjniejsze pytanie.
Kiedy Klient mówi „nie wiem, co mi jest”, terapeuta TSR nie próbuje tej niewiedzy „naprawić” podaniem diagnozy czy interpretacji. Zamiast tego pyta dalej, łagodnie i konkretnie:
-
„Nie wie Pan/Pani, co dokładnie czuje — a co Pan/Pani zauważa w swoim życiu, co sprawiło, że umówił/a się Pan/Pani na tę rozmowę właśnie teraz?”
-
„Skoro nie wie Pan/Pani, co to jest — to co by się musiało zmienić, żeby Pan/Pani poczuł/a, że wie Pan/Pani trochę więcej?”
-
„Czy są momenty w tygodniu, kiedy ta niejasność jest odczuwana mniej intensywnie? Co jest wtedy inne?”
To jest sedno: „nie wiem” nie jest pustym miejscem, jest punktem wyjścia do poszukiwania wyjątków, zasobów i małych sygnałów zmiany. Klient, który nie umie nazwać problemu, zazwyczaj umie powiedzieć, co sprawiło, że przyszedł — a to już jest konkretna informacja, z którą można pracować.
W filozofii TSR Klient jest ekspertem od swojego życia, a niewiedza co do nazwy problemu nie odbiera mu tej ekspertyzy. Często to właśnie próba szybkiego sklasyfikowania siebie — „mam depresję”, „jestem współzależna”, „to pewnie ADHD” — bywa ucieczką od kontaktu z realnym, niedopasowanym do żadnej etykiety doświadczeniem. „Nie wiem” bywa bliżej prawdy niż przedwczesna diagnoza.
Jak to wygląda w gabinecie
Pamiętam Klientkę, która na pierwszej sesji powtarzała: „nie umiem tego nazwać, czuję, że coś jest nie tak, ale nie wiem co”. Nie zacząłem od pytania „dlaczego”. Zapytałem: „Co by Pani zauważyła rano, gdyby ta niejasność była odrobinę mniejsza?”. Odpowiedziała po chwili: „Pewnie bym łatwiej wstała z łóżka”. To było jej pierwsze konkretne zdanie tego dnia — nie diagnoza, ale obraz, z którym można było dalej pracować.
Niewiedza, kiedy dajemy jej przestrzeń, zaczyna się rozjaśniać od konkretów, nie od etykiet. To jest dokładnie odwrotność tego, czego się boimy, gdy mówimy „nie wiem” — okazuje się, że nie trzeba znać nazwy, żeby zacząć iść do przodu.
Co możesz zrobić, jeśli sam/sama nie wiesz, co Ci jest
Jeśli czytasz to i rozpoznajesz w sobie tę niejasność — kilka małych kroków, które mogą pomóc, zanim trafisz do gabinetu:
-
zamiast szukać diagnozy, opisz konkret: nie „co mi jest”, ale „co zauważam w ciele, kiedy się budzę” albo „co się zmienia w moim dniu, kiedy czuję się gorzej”,
-
zauważ wyjątki: czy są momenty, godziny, dni, kiedy ten stan jest słabszy? Co jest w nich innego?
-
nie spiesz się z nazwą: słowo na to, co czujesz, może przyjść później — czasem dopiero w rozmowie z drugą osobą, w bezpiecznej relacji,
-
pozwól sobie na niewiedzę bez wstydu: to nie jest egzamin, który zdajesz albo nie. To jest punkt startu — jak każdy inny.
Na koniec
Jeśli przychodzisz do gabinetu i nie umiesz nazwać tego, co czujesz — nie musisz się tłumaczyć. Nie musisz mieć gotowej diagnozy, żeby zacząć rozmawiać o sobie. „Nie wiem” to nie pusta odpowiedź. To pierwszy, uczciwy krok w stronę tego, żeby zacząć wiedzieć — i właśnie od niego najczęściej zaczyna się prawdziwa zmiana.
Jeśli ta niejasność trwa długo i zaczyna ciążyć — warto porozmawiać o niej z kimś, kto potowarzyszy Ci w jej rozjaśnianiu, bez pośpiechu i bez oczekiwania gotowych odpowiedzi.
