Mama trzynastoletniej Zosi przychodzi z decyzją, którą już właściwie podjęła: – Od października wypisuję ją z teatru. Siódma klasa, sprawdzian za sprawdzianem, a za rok egzamin. W czwartki zamiast teatru będą korepetycje z matematyki. Zosia płakała cały wieczór, ale przecież to dla niej.
Pytam, po czym mama pozna, że decyzja była dobra. Długa pauza. – Że będzie mniej zmęczona. I że oceny z matematyki pójdą w górę. Po chwili dodaje: – Tylko że ona w czwartki wraca z teatru jedyny raz w tygodniu uśmiechnięta.
Opis jest złożony z kilku historii i zmieniony tak, by nie dało się rozpoznać żadnej osoby.
To zdanie na końcu jest w tej historii najważniejsze. Wypisywanie dziecka z zajęć dodatkowych „dla nauki” to jedna z najczęstszych decyzji rodziców uczniów starszych klas. Zajęcia dodatkowe dziecka wydają się wtedy pierwszą rzeczą do wycięcia: mniej obowiązków, więcej czasu, mniej zmęczenia. Badania, które sprawdzały to przekonanie, mówią jednak coś, czego większość rodziców się nie spodziewa.
Hipoteza przeplanowanego dziecka
Na przełomie wieków w amerykańskich mediach i poradnikach dla rodziców zadomowiło się pojęcie przeplanowanego dziecka. Teza była prosta: dzieci mają za dużo zorganizowanych zajęć, nie mają czasu na odpoczynek, a nadmiar grafiku odpowiada za ich stres, zmęczenie, a nawet sięganie po używki. Brzmiało to przekonująco i do dziś wraca w rozmowach o przeciążonych uczniach.
Badacze rozwoju postanowili to sprawdzić. Przegląd dostępnych badań opublikowany przez Society for Research in Child Development przyniósł trzy ustalenia (Mahoney, Harris i Eccles, 2006). Po pierwsze, około 40% młodych Amerykanów w ogóle nie chodziło na żadne zorganizowane zajęcia, a ci, którzy chodzili, spędzali na nich zwykle mniej niż 10 godzin tygodniowo. Po drugie, naprawdę intensywny grafik, 20 i więcej godzin tygodniowo, dotyczył zaledwie 3–6% młodzieży. Po trzecie, nawet w tej grupie wskaźniki przystosowania były zwykle podobne albo lepsze niż u rówieśników, którzy nie chodzili na nic.
Inaczej mówiąc: problem „za dużo zajęć” dotyczy niewielkiej grupy, a problem „żadnych zajęć” dotyczy dużej.
Ile to za dużo
Nie znaczy to, że więcej jest zawsze lepiej. Najdokładniej sprawdziła to Jennifer Fredricks, analizując dane z reprezentatywnego badania podłużnego ponad 13 tysięcy amerykańskich licealistów (Fredricks, 2012). Przeciętny uczeń dziesiątej klasy chodził na dwa–trzy rodzaje zajęć, łącznie około pięciu godzin tygodniowo. Zarówno liczba zajęć, jak i poświęcony im czas wiązały się dwa lata później z lepszymi wynikami z matematyki, lepszymi ocenami i wyższymi aspiracjami edukacyjnymi, także po uwzględnieniu wcześniejszych wyników w nauce i sytuacji materialnej rodziny.
Zależność nie była jednak prosta. Przy bardzo dużej liczbie zajęć i bardzo wielu godzinach korzyści słabły i zaczynały spadać. Krzywa przypomina odwróconą literę U: umiarkowany grafik pomaga, skrajny przestaje pomagać. Kłopot w tym, że rodzic, który wypisuje dziecko z jedynego popołudnia w tygodniu, zwykle nie jest na prawym końcu tej krzywej, tylko na jej wznoszącej się części.
Co szkodzi bardziej niż liczba zajęć
Najciekawsze badanie w tej dziedzinie ma w tytule słowo „kozioł ofiarny”. Suniya Luthar z Uniwersytetu Columbia przyglądała się ósmoklasistom z zamożnych przedmieść, czyli dokładnie tej grupie, o której najczęściej mówiono, że jest przeplanowana (Luthar, Shoum i Brown, 2006). Sama liczba zajęć prawie nie wiązała się ze stresem ani z używkami. Mocno wiązały się z nimi dwie inne rzeczy: krytyka ze strony rodziców, tak jak odczuwało ją dziecko, oraz brak dorosłego opiekuna po lekcjach. U chłopców dodatkowym czynnikiem ryzyka były bardzo niskie oczekiwania rodziców.
Autorzy doszli do wniosku, że zajęcia dodatkowe stały się wygodnym winowajcą, na którego zrzuca się to, co naprawdę obciąża dzieci: poczucie, że są nieustannie oceniane. Grafik jest widoczny i łatwo go zmienić. Ton rozmowy przy kolacji jest mniej widoczny i trudniej go zmienić. O tym, jak ostre słowa rodzica działają niezależnie od okazywanego ciepła, pisałem w tekście o krzyku na dziecko, a o tym, jak nawet radość po piątce może działać jak presja, w tekście o warunkowej akceptacji.
Dlaczego teatr i basen chronią
Duże kanadyjskie badanie ponad 10 tysięcy uczniów, obserwowanych od czwartej do siódmej klasy, pokazuje mechanizm (Oberle i wsp., 2019). Większość dzieci pozostawała w tym samym układzie zajęć przez trzy lata. Mniej więcej co dziesiąte dziecko przeszło od niechodzenia na nic do uprawiania sportu albo udziału w kilku rodzajach zajęć. U tych dzieci z czasem poprawiało się zdrowie psychiczne, a pośrednikiem okazało się poczucie przynależności do grupy rówieśników.
To jest sedno sprawy. Teatr, drużyna, chór czy zespół to często jedyne miejsce, w którym nastolatek jest ceniony za coś innego niż oceny, ma swoich ludzi i doświadcza, że jego wysiłek przynosi efekt. W siódmej klasie, gdy szkoła zaczyna mierzyć wszystko, takie miejsce bywa buforem, a nie obciążeniem.

Kiedy ograniczyć zajęcia, a kiedy nie
Z danych nie wynika, że zajęć nigdy nie należy ograniczać. Wynika z nich, że liczba godzin mówi mniej niż kilka innych sygnałów. Poniższe zestawienie jest orientacyjne i ma pomóc zadać lepsze pytania.
| Sygnał | Raczej zostawić | Raczej przemyśleć |
|---|---|---|
| Kto wybrał zajęcia | dziecko, albo przynajmniej chce na nie chodzić | rodzic, a dziecko chodzi, „bo trzeba” |
| Jak wraca | zmęczone, ale ożywione | wyczerpane, milczące, z bólem brzucha przed wyjściem |
| Sen | śpi mniej więcej tyle, ile potrzebuje | regularnie kładzie się późno, bo „nie wyrabia” |
| Czy to jeszcze jego | opowiada o ludziach i o tym, co mu wyszło | mówi tylko o wynikach, rankingach i o tym, co było źle |
| Czas niczym niezajęty | ma choć kilka godzin w tygodniu tylko dla siebie | każde popołudnie i weekend są rozpisane |
Warto też zauważyć, że korepetycje nie są zajęciami dodatkowymi w rozumieniu tych badań. To druga zmiana szkoły, tylko w innym miejscu. Zamiana teatru na korepetycje nie zmniejsza więc obciążenia, tylko zabiera jedyną godzinę, w której szkoła nie istniała. Jeśli dziecko jest już wyraźnie wyczerpane szkołą, warto sprawdzić, czy to nie wypalenie szkolne, które z zewnątrz wygląda jak lenistwo.
Czego z tych danych nie wolno wyciągać
- To w większości badania korelacyjne. Dzieci, które chodzą na zajęcia, różnią się od tych, które nie chodzą: mają zwykle więcej zasobów w rodzinie i więcej energii na starcie. Badacze kontrolowali część tych różnic, ale nie da się ich usunąć w całości.
- Dane pochodzą z USA i Kanady. Polski system szkolny, egzamin ósmoklasisty i kultura korepetycji to inny kontekst. Rzetelnych polskich danych o tym, ile godzin tygodniowo uczniowie spędzają na zajęciach pozalekcyjnych, nie znalazłem.
- Nie wynika z nich, że każde dziecko powinno chodzić na zajęcia. Dla części dzieci, zwłaszcza introwertycznych albo przebodźcowanych, najcenniejszy jest właśnie czas bez grafiku.
- Nie wynika z nich, że skrajny grafik jest w porządku. Przy bardzo intensywnym zaangażowaniu korzyści słabną, a sen i odpoczynek mają swoje granice.
- Nie wynika z nich, że rodzic, który wypisał dziecko z zajęć, zaszkodził mu. Decyzję da się omówić, zmienić albo potraktować jako eksperyment.
Kiedy nie czekać. Jeśli zmęczeniu towarzyszy wyraźny spadek nastroju, utrata radości ze wszystkiego, także z tego, co dawniej cieszyło, zaburzenia snu albo jedzenia, to nie jest sprawa grafiku. Warto skonsultować się z lekarzem albo terapeutą. Jeśli dziecko mówi, że lepiej by było, gdyby go nie było, albo się okalecza, potrzebna jest pilna pomoc, a w sytuacji zagrożenia życia numer 112. Nastolatek może też zadzwonić lub napisać do Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111. Jak rozmawiać, gdy rodzic i dziecko widzą jego stan zupełnie inaczej, opisałem w tekście o depresji u nastolatka.
Kompas TSR: jak podjąć tę decyzję razem z dzieckiem
W terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach nie pytamy najpierw, co jest nie tak, tylko co już działa i jak zrobić tego więcej. Przy grafiku dziecka to podejście ma prostą przewagę: pozwala zobaczyć, które zajęcia dodają sił, a które je zabierają, zanim cokolwiek się wytnie.
- Zapytaj o energię, a nie o czas. Poproś dziecko, żeby każde zajęcie z tygodnia oceniło na skali od −5 do +5: ile sił mu zabiera, a ile daje. Szkoła, korepetycje, trening, teatr, wieczór z telefonem. Wynik często zaskakuje obie strony.
- Szukaj wyjątków. Który dzień w ostatnim miesiącu był dla dziecka najlżejszy? Co wtedy było inaczej? Wyjątek to gotowa informacja o tym, co działa w waszej rodzinie.
- Zacznij od pytania „czego ci brakuje”, nie „co wyciąć”. Dziecko, które mówi, że nie ma czasu na nic, czasem potrzebuje nie mniej zajęć, tylko jednego wolnego wieczoru albo więcej snu.
- Zapytaj o lepszy tydzień. „Gdyby za miesiąc twój tydzień był choć trochę lepszy, po czym byś to poznał? A po czym ja bym to poznała?” Konkretne odpowiedzi pokazują pierwszy krok lepiej niż ogólne postanowienia.
- Traktuj zmiany jak eksperyment. Nie „od dziś koniec z teatrem”, tylko „spróbujmy przez trzy tygodnie i sprawdźmy razem, czy jest lepiej”. Eksperyment da się odwołać bez utraty twarzy przez żadną ze stron.
- Oddziel wsparcie od kontroli. Rodzic, który interesuje się zajęciami dziecka, pomaga. Rodzic, który po każdym występie wylicza błędy, zamienia pasję w kolejny sprawdzian. Czasem wystarczy zmienić pierwsze zdanie po powrocie z „jak ci poszło?” na „jak było?”.
Rozmowa o grafiku udaje się łatwiej, gdy nie jest przesłuchaniem. Dlaczego z nastolatkiem częściej działa obecność niż pytania, opisałem w tekście o rozmowie z nastolatkiem.
Jeden mały krok na ten tydzień
Zanim wypiszesz dziecko z czegokolwiek, zrób z nim listę wszystkich stałych punktów tygodnia i poproś, żeby przy każdym postawiło plus albo minus. Nie komentuj. Po prostu zobacz, gdzie są plusy. Jeśli zajęcia, które chciałeś wyciąć, mają plus, masz ważną informację, zanim podejmiesz decyzję.
Kiedy warto porozmawiać z terapeutą
Jeśli rozmowy o nauce i zajęciach kończą się w waszym domu kłótnią albo milczeniem, a ty sam lub sama czujesz, że bardziej niż o dziecko martwisz się o jego przyszłość, nie musisz układać tego w pojedynkę. Czasem najwięcej zmienia jedna konsultacja dla rodzica: pomaga oddzielić troskę od presji, zobaczyć, co w waszej rodzinie już działa, i zaplanować rozmowę z dzieckiem tak, żeby nie stała się kolejnym sprawdzianem.
Pracuję online, w podejściu skoncentrowanym na rozwiązaniach i z perspektywą psychotraumatologii. Pracuję zarówno z rodzicami, jak i z nastolatkami. Umów konsultację online.
